09:50:55
2011-08-25
Głowę nękał nieznany pulsujący ból, który nadchodził falami, zwiększając się od momentu przebudzenia. Stanley zaspał, a pośpiech, z którym starał się pozbierać i nadrobić stracony czas, zwielokrotnił tylko kiepskie samopoczucie. Ostatni poranek w bazie Hermes był zarazem najgorszym ze wszystkich podczas jego pierwszej misji. Po późno zjedzonym śniadaniu, miotał się między kwaterą, biurem a laboratorium, próbując znaleźć pominięte podczas pakowania rzeczy i dotrzymać kroku Aleksowi oraz reszcie wracających na Ziemię osób.
Statek międzyplanetarny, który lada moment, z prędkością piętnastu tysięcy kilometrów na sekundę, miał wyruszyć w stronę Ziemi, oczekiwał zacumowany na orbicie geostacjonarnej. Z oszklonego holu bazy, przypominał zastygłego w bezruchu ptaka na uwięzi, widocznego tylko dzięki odbijającej promienie wschodzącego słońca tytanowej powłoce i wzbijającej się ponad atmosferę windy, której koniec przypominał niewidzialną smycz. Starty tak dużych jednostek odbywały się wyłącznie z orbit księżyców i planet. W ten sposób statki pomijały siłę ciążenia, oszczędzały paliwo i nie miały negatywnego wpływu na środowisko naturalne. Rozwój nano-technologii i fizyki kwantowej, który zdominował drugą połowę dwudziestego pierwszego wieku, ułatwił podróżowanie między planetami a ich orbitami poprzez opracowanie i rozpowszechnienie wind kosmicznych o prędkościach kilkakrotnie przekraczających prędkość dźwięku.
Stanley siedział wraz z Aleksem w ostatnim rzędzie jednej z dwóch wind, kierujących się właśnie w stronę statku. Co rusz wyglądał, raz w jedną, raz w drugą stronę, wpatrując się w naszpikowaną gwiazdami przestrzeń i starając się zachować w pamięci niesamowity widok, nieco zniekształcony przez osłonę anty-promieniową. To były ostatnie minuty, kiedy mógł obserwować malowniczy układ planetarny i dominującego nad nim Jowisza.
- Nie wierć się, Stanley - warknął Aleks, gdy wiercący się w fotelu kolega, po raz kolejny go trącił.
- Eh, wnerwiają mnie te przesłony… - odparł.
- Coś ty taki nerwowy dzisiaj?
- Nie wiem… Chyba mam kaca, ale wcale dużo nie piłem...
- Kaca? - z powątpiewaniem spytał Aleks. - To raczej nerwy przed lotem. Spokojnie, mi też się to zdarza. Przejdzie jak się wyśpisz…
- No i co dalej? - spytał, kierując wzrok na, ukryte za okularami do czytania, oczy towarzysza. Mimo, iż z twarzy Aleksa zwykle nie wiele dało się odczytać, próbował wyciągnąć jakiekolwiek informacje na temat swojej przyszłości w firmie. - Wrócimy tu jeszcze w tym roku?
- Badania, wyniki, wnioski! - ryknął Pisak, odrywając wzrok od panelu, na którym wyświetlone były słupki z wynikami badań i wykresy. Położył dłoń na barku Makarego i dodał jakby od niechcenia. - Przestań fruwać w obłokach… Wróć na ziemię, panie socjalisto. Nie zauważyłeś, że lecimy do domu? Do Wrocka? Nie wiem jak ty, ale ja chcę odpocząć… - Przerwał na chwilę łapiąc głęboki oddech, jakby wędrując myślami do długo odkładanych spraw, którymi wreszcie będzie miał czas zając się na rodzimej planecie. W charakterystyczny dla siebie sposób odgarnął do tyłu falujące blond włosy i dodał podniecony. - O wszystkim pogadamy na Ziemi.
Aleks, nie czekając na odpowiedź, odchylił zabezpieczenia i skoczył w kierunku otworu wyjściowego, nie pozwalając nikomu innemu wyprzedzić się w kolejce do wejścia na statek. Kilkadziesiąt sekund później ogromny syk oznajmił, że winda osiągnęła swój cel i w śluzie dzielącej ją od wejścia na prom znalazło się umożliwiające oddychanie powietrze. Makary nerwowo odpiął swój pas i siedząc jeszcze przez chwilę w fotelu obserwował platynowo-szarą powłokę największego znanego księżyca w układzie słonecznym. Chciał zapamiętać ten obraz jak najlepiej. Zdawał sobie sprawę, że zasłużył na udział w kolejnych misjach, ale coś nie dawało mu spokoju. Rozkojarzenie i niecodzienne samopoczucie potęgowały pewne wątpliwości…
Wszyscy pasażerowie dosyć sprawnie usadowili się na swoich miejscach, szybko też ucichł gwar rozmów, bo z głośników wydobył się dźwięczny głos kapitana statku, którym był nikt inny jak sam Aleks. Prezes raz jeszcze podziękował za dobrą pracę i życzył komfortowego lotu. Następnie zaproponował wszystkim aby przespali podróż, a stewardesom polecił roznieść napoje regeneracyjne, będące jednocześnie ekwiwalentem posiłku. Gdy odpalono silniki, jego głos zamilkł. Jedynie siła przeciążenia przypomniała pasażerom o ulubionej rozrywce Pisaka – lataniu.
Po starcie, Stanleyowi minął ból głowy. Zaczął rozmyślać o wydarzeniach wczorajszego wieczoru i nocy. Wróciły wizje z opisywanych historii, które wyobraźnia podsuwała mu w ogromnych ilościach pod wpływem specyfiku Aleksa. Te wspomnienia go podbudowały. Przymknął oczy by odtworzyć obrazy, które tak skrzętnie starał się zapisać w pamięci podczas wielogodzinnych obserwacji nieba nad Ganimedesem. Teraz obrazy były mniej wyraźne, ale dwanaście godzin lotu na Księżyc było świetnym momentem aby pisać. Uruchomił zainstalowany w fotelu panel i za pomocą nośnika pamięci odtworzył swoje notatki. Z podnieceniem pochłaniał kolejne akapity, które na kilkunastu stronach opisywały sentymentalną podróż prawnuka, podążającego śladami bohaterów wykreowanych przez swego pradziadka.
Napisał kolejnych kilka stron. Przeczytał i uznał, że tekst jest niezły, ale nie tak dobry jak to, co napisał wcześniej. Dla porównania wyciągnął z podręcznego bagażu książkę i utonął w lekturze, by upewnić się, że przelewane na ekran wersy są wiarygodne i choć nieco podobne do pradziadowych. Po kilkunastu minutach czytania powieki zaczęły nieznacznie opadać, przypominając o nieprzespanej nocy i sygnalizując, że niedotleniony organizm domaga się drzemki. Zanim jednak pomyślał o śnie, usłyszał znajomy głos.
- Gazowy olbrzym?
Makary wzdrygnął się, odruchowo odkładając książkę na bok, jak gdyby nie na rękę mu było, że ktoś widzi jak czyta papierowy egzemplarz. Spochmurniał, bo mimo iż uwielbiał papierowe książki, ciągle zachowywał się jakby było to jego słodką tajemnicą.
- Yyy… Tak - jęknął, spoglądając na delikatną twarz znajomej hostessy, z której wesoło błyskały duże, czarne oczy. Tym razem Ewa była ubrana w żółto-granatową, krótką spódnicę odsłaniającą zgrabne nogi, stanowiącą dół dwuczęściowego munduru. Jej tułów okrywała granatowa marynarka, nad którą wystawał żółty kołnierz koszuli opięty w pasiasty krawat. Włosy ukryte były pod fikuśną oficerską czapką, oznakowaną połyskującym logo Uni-Serch, wystawała jedynie grzywka. Wraz z dwoma innymi dziewczętami, obsługiwała pasażerską część statku.
Nastała chwila ciszy. Makarego stać było jedynie na wymianę uśmiechu, bo zupełnie nie wiedział co powiedzieć w konfrontacji z seksowną towarzyszką. Zabrakło pewności siebie i lekkości, którą zeszłego wieczoru oferowało działanie Euforii i szampana. Momentalnie ulotniły się resztki kaca, a nasiliło nowe, dziwne odczucie, silniejsze niż poranny ból głowy, o którym młody naukowiec prawie zapomniał. Obecność Ewy na powrót rozpaliła wspomnienie upojnego stanu, w którym znajdował się zeszłej nocy. Jego myśli zaczęły krążyć wokół dziewczyny, a oczy pochłaniały widok jej zgrabnego ciała.
- Przyniosłam panu coś do picia - przerwała ciszę, podając szklankę z musującym napojem o lawendowym kolorze. - To ułatwi sen i złagodzi „jet-lag” po powrocie na Ziemię.
- Dziękuję - odparł, a jego dłoń musnęła delikatną dłoń dziewczyny.
Ten, wydawałoby się niewinny, kontakt wyzwolił w Stanleyu kolejny, jeszcze mocniejszy impuls dziwnego uczucia, poprzedzony ogromną falą ciepła. W jego myślach zapłonęły fantazje na temat Ewy, bardziej niespodziewane niż samo pojawienie się dziewczyny. Dziwny błogostan, który od wejścia na statek zastąpił kaca, sprawił, że Makary bez reszty oddał się tym fantazjom, a krew momentalnie się w nim zagotowała, wywołując nieoczekiwaną erekcję. Zszokowany poczerwieniał ze wstydu, jednak wykorzystał nieuwagę hostessy i szybko zasłonił spodnie książką, tak że nic nie spostrzegła. Szklankę z chłodnym napojem przyłożył do ust, starając się ugasić niechciane pragnienia i usprawiedliwić niemoc słowną, która stawała się coraz bardzie dokuczliwa. W tym jednak momencie, Ewa pożegnała go zalotnym uśmiechem i oddaliła się w stronę kolejnego pasażera. Odetchnął…
Przez dobre kilka minut nie miał nawet odwagi odwrócić głowy. Dopiero, gdy opróżnił do końca szklankę, a formuła napoju zadziałała łagodząc wszelkie dolegliwości, odetchnął z ulgą. Parsknął śmiechem. Poluzował krawat i poprawił spodnie. Chichotał dobrą minutę, jednak potem spoważniał, a jego myśli opętał wstyd i poczucie winy. Przed oczami ujrzał narzeczoną, na której twarzy pojawił się grymas niedowierzania i oburzenia. Potrząsnął kilkakrotnie głową żeby przegonić niepocieszone widmo, odłożył książkę do torby, wyłączył panel i wcisnął przycisk „Sleep”. Oparcie fotela nieco obniżyło się, światło zblakło, a głośniki i receptory zapachowe zaczęły wydawać delikatne wibracje i wyzwalać przyjemny, leśny zapach, który uwielbiał. Zasnął…
Rozbudził go nagły ruch fotela, który zadrżał, gdy statek zbliżał się do momentu wejścia w procedurę wyhamowania. Spał ponad dziesięć godzin, a senne wizje pozostawiły po sobie błogostan i kilka kropel potu na czole. Myśli Stanleya znów skierowane były w stronę narzeczonej. Miał ochotę być już w domu, we Wrocławiu, patrzeć na nią, tulić ją do siebie, rozgarniać dłońmi jej ciemne włosy, całować ją, kochać się z nią… Te ciągłe myśli drażniły młodego naukowca, który nie czuł się tak pobudzony od bardzo dawna. Uczucie było przyjemne, ale mimowolne, a niezależna natura sprzeciwiała się mu. Postanowił, że przed cumowaniem na orbicie Księżyca skorzysta z toalety.
Łazienka była akurat zajęta. Nie miał jednak zamiaru iść do sanitariatów po drugiej stronie, szczególnie, że większość osób rozbudziła się już ze snu. Pośród foteli zrobiło się gwarnie, a przejścia blokowali pasażerowie, z których jedni wyszli aby rozprostować zależałe kości, a inni by pochować przedmioty do podręcznych bagaży. Stanley wolał nie ryzykować przypadkowego spotkania czy rozmowy z którymś z kolegów z pracy. Nie w tym stanie - pomyślał. Póki co, pragnął się załatwić i zatopić spoconą twarz w chłodnej wodzie. Nie minęło kilkadziesiąt sekund, gdy sygnał świetlny nad drzwiami toalety zmienił kolor. Gdy drzwi się otwarły, ku ogromnemu zdziwieniu, pojawiła się w nich Ewa.
- O, witam ponownie - wyszeptała, wskazując ręką, że łazienka jest już wolna. - Jak samopoczucie?
Makary poczuł jak jego ciało zalewa kolejna fala błogiego ciepła, a twarz i ciało atrakcyjnej hostessy stają się jedynym, co widzi wokół. Zamiast odpowiedzieć na życzliwy flirt, przesunął się o krok w lewo blokując jej przejście. Na twarzy dziewczyny pojawiła się szczypta zdziwienia, lecz sądząc, że rozmówca jest onieśmielony, zagaiła nieco mniej oficjalnym tonem.
- Kończę pracę na Księżycu, jak chcesz, po odprawie możemy pogadać.
Stanley nieoczekiwanie ruszył naprzód. Łapiąc ją za ramię i biodra wepchnął z powrotem do łazienki, zatrzaskując drzwi, nad którymi zapaliła się czerwona lampka. Jego język sprawnie wdarł się między jej wilgotne wargi, a ręce rozpoczęły poszukiwania miejsc najbardziej wrażliwych na dotyk. Dziewczyna, mimo zdziwienia, nie stawiała oporów. W końcu jej praca polegała na rozładowywaniu napięć u astronautów, zresztą Stanley zawsze jej się podobał. Umiejętnie odwzajemniała coraz śmielsze pieszczoty, bez trudu wprawiając go w miłosne delirium. W końcu, poderwał jej spódnicę do góry, uniósł i rzucił na blat obok umywalki.
- Podobam ci się? - wyszeptała, widząc jak szarpie się z paskiem w spodniach. - Zaaplikuj „Safeter”. - Wyciągnęła z kieszeni munduru aplikator z substancją zabezpieczającą przed chorobami płciowymi i niepożądanym zajściem w ciążę - i pokaż co potrafisz kowboju.
Zachęcające słowa i pieszczoty dziewczyny rozjuszyły Makarego, który w fali uniesienia całkowicie zbagatelizował jej prośbę i rozpoczął stosunek bez zabezpieczenia. Próbowała mu to uniemożliwić i własnoręcznie zaaplikować środek, lecz silny chwyt pozbawił ją możliwości ruchu. Dopiero po kilku minutach, gdy przestał ruszać biodrami, a jego ciało, jak pozbawiony silników samolot, opadło na nią i zastygło, poluzował uchwyt. Ewa natychmiast wyplątała się z uścisków niefortunnego kochanka, poprawiła ubranie i szybko, lecz bez nerwów, ruszyła w stronę drzwi toalety.
- To było chamskie i nieodpowiedzialne, Stanley! - warknęła, zatrzaskując za sobą drzwi…
***
Uni-Serch była jedyną firmą zarządzaną przez Polaków, która miała swoją siedzibę poza polską strefą międzynarodowej bazy na Księżycu. Resztę polskich placówek stanowiły ambasada, kilka firm przewoźniczo-turystycznych oraz kilka mniejszych przedsiębiorstw, zajmujących się drobnymi usługami i handlem. Centrum dowodzenia firmy Piska znajdowało się w niewielkim biurowcu zajmującym część starego obszaru stacji księżycowej, wybudowanej pośród tak zwanego Oceanu Burz, jeszcze w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Podobnie jak siedziby innych międzyplanetarnych koncernów, siedziba Uni-Serch miała wydzielony teren zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz kompleksu. Część wewnętrzna składała się z kilku laboratoriów, kilkunastu biur i kilkudziesięciu pomieszczeń mieszkalno-socjalnych. Była jednak niewielka w porównaniu z częścią zewnętrzną, czyli magazynami i składowiskami. Wszelkiego rodzaju materiały i minerały wydobywane bezpośrednio na Księżycu lub zwożone tu z Marsa i Ganimedesa, przechowywano w rozciągających się po horyzont kolorowych hałdach, kontrastujących z głęboką czernią nieskończonych połaci bazaltowego Oceanu Burz.
Prawo zakazywało zakładania niezależnych, prywatnych baz na Księżycu, poza strefami międzynarodowymi. Zakazywało wykorzystywania Srebrnego Globu do celów militarnych, a także izolowało go od wpływów politycznych. Satelita Ziemi był więc świetnym polem eksperymentalnym i bastionem dla wszelkich liberalnych frakcji z całego świata, które śmiało mogły tu realizować projekty i badania, o jakich na Ziemi nie było mowy. Aleks zawsze powtarzał półżartem, że gdy rządząca w Polsce partia przegra wybory, to wszyscy poproszą go o księżycowy azyl. Jednak tym razem na twarzy Pisaka nie było uśmiechu.
- To chyba jakiś głupi żart, Stanley! - wrzasnął.
Gabinet Aleksa znajdował się na ostatnim piętrze biurowca, a z jego okien i przeźroczystego sufitu rozpościerał się widok w kierunku Ziemi, oświetlanej promieniami słońca i eksponującej w pełnej okazałości błękitny ogrom Oceanu Spokojnego. Makary siedział cicho na fotelu przy biurku umiejscowionym pośrodku pokoju, spoglądając na miotającego się przełożonego.
- Powiedź mi kim jest Ewka? - dodał Aleks.
- No, jak kim? Hostessą - z głębokim westchnieniem odparł, a jego oczy uciekły od gniewnego spojrzenia rozmówcy gdzieś w stronę niebieskiej planety.
- Kurwą, Stanley! Ona jest międzyplanetarną, ekskluzywną kurwą, jak kilkadziesiąt innych dziewczyn, które zatrudnia Uni-Serch, kurtuazyjnie nazywaną hostessą.
Pisak otworzył gablotę, z której wyciągnął polietylenową płytkę z tekstem i sygnaturą, oprawioną w srebrzystą, przeźroczystą okładkę. Podszedł do biurka, przy którym siedział Makary, walnął dokumentem o blat i znów wrzasnął.
- Kurwą, która ma umowę z firmą! Kapujesz?! Wedle tej umowy ma obowiązek zadowolić każdego pracownika, któremu akurat zechce się ją wydymać! - Z niedowierzaniem pokiwał głową. - Powiedz mi, Stanley, jak można zgwałcić kurwę?
- Aleks... Słuchaj, ja nie wiem co się ze mną stało. Jakoś mnie sprowokowała… Co ja gadam… Przecież ja mam dziewczynę… To w ogóle nie byłem ja…
Makary zupełnie nie wiedział co mówić. Ciągle nie wierzył w to, co się stało, bo nigdy w życiu jeszcze tak się nie zachował. Wyrzuty sumienia były niczym w porównaniu ze wstydem, jaki czuł jeszcze przed godziną, wychodząc ze śluzy kosmicznej windy. Jazda w towarzystwie kobiety, na której dopiero co wymusił seks, była koszmarnym doświadczeniem. Następnie oczekiwanie w lobby na powrót załatwiającego formalności Pisaka, któremu Ewa jeszcze na statku zameldowała o całym zajściu. Świadomość tego, że o zdarzeniu, oprócz dziewczyny, wiedział tylko on była pewną ulgą, jednak spodziewał się poważnych konsekwencji.
- Coś jest nie tak, stary, czuję się dziwnie… Jakby… Nie wiem jak ci to wyjaśnić…
- Dobra, Stanley, uspokój się. - Pisak przerwał niespójne wywody kolegi, wziął głęboki oddech i odchylając głowę do tyłu złapał się za boki. Wybuchł śmiechem, jak gdyby występek przyjaciela bardziej go rozbawił niż zasmucił, a wcześniejszy gniew był tylko pozorowany.
- Oj, Stanley, Stanley… - kontynuował w znacznie lepszym humorze. - Zachowałeś się jak debil, ale nie myśl, że jesteś wyjątkiem - dodał znikając za ścianką garderoby, gdzie zaczął przebierać się z międzygwiezdnego skafandra w zwykły standardowy uniform pilota wahadłowców. - Nie takie już miałem przypadki, panie socjalisto…
- Jak to? - zapytał Makary. Luźne zachowanie Pisaka totalnie go zaskoczyło.
- Tak to - odparł. - Faceci fiksują podczas dalekich misji. Nie jesteś pierwszy i ostatni. Jak myślisz, skąd się wzięła ustawa o hostessach? - Wyszedł z garderoby i podszedł nieco bliżej, dodając przyciszonym głosem, jakby w tajemnicy. - Jednak co innego, gdy narozrabia noblista, o którego firma zabiegała przez lata, a co innego, gdy świruje kumpel, którego poznałem w akademii i osobiście szkoliłem, i na którego skierowane są oczy zarządu…
- Jak to?
- Przestań gadać w kółko „jak to”, „jak to”! - Aleks znów spochmurniał, a jego oczy zmieniły odcień z błękitu na ultramarynę. - Co się dziś z tobą dzieje? Zachowujesz się jakbyś miał kilkanaście lat. Masz fart, że nie było świadków, a Ewka to świetna, kumata dziewczyna. Poczytaj sobie umowę, przeczytaj regulamin, teraz muszę jej wypłacić odszkodowanie, bo nie użyłeś kondoma!
Aleks dopiął czarny uniform, wyciągnął z niewielkiej kieszonki „safeter” i podał go Makaremu mówiąc:
- Ty miałeś w ogóle edukację seksualną, Stanley? Wiesz, że przed stosunkiem należy to sobie zaaplikować?
- Przestań - odparł poruszony - wiem, ale mówię ci, nie byłem wtedy sobą, coś mnie kurde…
- Cicho! Nie tłumacz się już… - Pisak odgarnął dłońmi roztargane włosy, które na powrót ułożyły się w falisty pukiel. - Nie jestem jej ojcem. Swoje musiałem powiedzieć, bo jesteś moim pracownikiem. Taki mamy regulamin, takie są badania, takie są wyniki, takie są wnioski... Jesteśmy kumplami, więc dodam w zaufaniu, że to się już zdarzało. Ale w twoim przypadku odszkodowanie wypłacę z własnej kieszeni, bo jakbym kazał przelać firmową kasę, od razu by mnie pytali za co, po co, komu, przez co… A nie powiem im, że facet, za którego poręczyłem złamał regulamin w pierwszej swojej misji! Oddasz kasę z pensji…
- Jasne Aleks… Dziękuję ci przyjacielu...
- Eh… - wysapał Pisak, kiwając głową z niedowierzania. - Nie no, uwielbiam takie niespodzianki, Stanley, naprawdę. Niby taka cicha woda z ciebie… Dobra, zapominamy o akcji, ani słowa więcej. Mam nadzieję, że to się nie powtórzy?
- Jasne…
Aleks postanowił, że do czasu odprawy pozostaną w jego gabinecie. By się uspokoić, nalał po szklance leciwej szkockiej i zaczął rozwodzić na temat problemów, jakie wielokrotnie miał z powodu słabszej odporności psychicznej pracowników, biorących udział w misjach na Ganimedesa i Marsa. Makary szybko zrozumiał, że jego występek wcale nie był skandaliczny, wręcz łagodny w porównaniu z innymi w przeszłości, gdy loty trwały o wiele dłużej, a warunki podróżowania i pracy znacznie odbiegały od dzisiejszych standardów. Zrzucone brzemię sprawiło, że młody naukowiec zapomniał o strachu, który zastąpiła wściekłość i wyrzuty sumienia. Znów zaczął myśleć o narzeczonej, którą przecież strasznie zranił. Oczywiście, Aleks kategorycznie odradził mu wspominanie Alicji o zajściu, mogłoby to odbić się nie tylko na jego życiu prywatnym, ale i zawodowym, czego nie chciał. Stanley zgodził się, a złość, której doświadczał stawała się coraz większa. Miał ochotę walnąć kilka razy głową w ścianę, żeby wybić z niej podobne pomysły w przyszłości. W innych okolicznościach mogło mu to przecież zrujnować karierę. Gdy dopił drinka poczuł się nieco lepiej, a niechęć ukierunkowała się w stronę coraz donośniejszych odgłosów – jakby okrzyków – dobiegających od strony terminali i lądowisk wahadłowców.
- Co tam się dzieje?
- Jak to co? To twoi kumple pikietują - z przekorą odparł Aleks.
- Jacy kumple?
- No, socjaliści, Stanley. Wybory za pasem, a podczas naszej misji sytuacja w kraju się zaogniła. Partia socjalna wysłała swoje pieski na Księżyc… Łudzą się, że znajdą tu elektorat…
- Myślałem, że Księżyc jest poza polityką?
- Owszem. Ale nie ma zakazu agitacji w krajowych terminalach. Po prostu inni tego nie robią, bo to nieeleganckie. No, ale twoi bracia mają gdzieś etykietę.
- Skończ z tymi „braćmi” i „kumplami”, Aleks! - warknął nerwowo Stanley. - Nie jestem socjalistą…
- Sorry - odparł zaskoczony Pisak. Dotychczas Makary nie pozwalał sobie na strofowanie kumpla-szefa, nawet gdy ten dworował sobie z przekonań jego rodziny. - Taki żart…
- Nie, no… To ja przepraszam, kurcze… - Stanley szybko ochłonął. - Jestem dziś wściekły i… No dziwnie się czuję… Cała ta historia z tą Ewką… Jestem chyba chory…
- Dobra, Stanley, nie ma w ogóle o czym gadać, chodźmy.
Wyszli do firmowego lobby, gdzie czekało dwóch ochroniarzy. Tylko na Ganimedesie Aleks pozwalał sobie na swobodę w poruszaniu. W każdym innym, publicznym miejscu towarzyszyli mu byli komandosi tak zwanego „Jupitera” – elitarnej jednostki specjalnej. Przyjaciele, w towarzystwie ochrony, udali się na międzynarodowy dziedziniec, którego większą część zajmowały hotele pracownicze, punkty usługowe i siedziby gwiezdnych koncernów. Tam też odbywały się odprawy lotów międzyplanetarnych i wejścia do śluz wind kosmicznych. Dziedziniec i przyległe do niego lokale były częściowo zapełnione przez personel wydobywczy, ekipy transportowe i konserwatorów, którzy wykorzystywali księżycową noc na odpoczynek i rozrywkę. Gdy widoczna z Ziemi strona Księżyca była utopiona w prawie dwutygodniowych ciemnościach, temperatura na zewnątrz schodziła do minus dwustu stopni Celsjusza, a o wiele przyjemniej i bezpieczniej pracowało się w stustopniowym upale podczas dnia.
Idąc dalej, przedostali się do strefy krajowej, która ulokowana była w kompleksie najnowszych budynków bazy. Każdy z krajów, które było stać na budowę kosmodromów i utrzymanie wahadłowców, posiadał tutaj swoje własne, oddzielne lądowisko i terminal, dzięki czemu loty i odprawy przebiegały sprawniej i bezpieczniej. Jednym z takich krajów była między innymi Polska, gdzie na technologie i loty kosmiczne już od wielu lat kładziono duży nacisk. Ogromnym impulsem do inwestowania w biznes pozaziemski były sukcesy Klaudiusza Pisaka, który stworzywszy międzynarodowe konsorcjum Uni-Serch, dorobił się na eksploracji układu słonecznego i poszukiwaniach niewystępujących na Ziemi minerałów.
Ze względu na duże zainteresowanie polskich turystów lotami na Księżyc, do zakotwiczonych na orbicie wahadłowców transportowano ich lądownikami, a nie jak w przypadku lotów międzyplanetarnych windami. Stamtąd wożono ich bezpośrednio na lądowiska publicznych kosmodromów we Wrocławiu, Warszawie lub Gdańsku. Rzadkością było posiadanie prywatnych wahadłowców, lądowników i kosmodromów – oczywiście do wyjątków należał Aleks Pisak.
Manifestujący tłum ustawił się po obu stronach szerokiego korytarza, przy punkach obsługi i sklepach wolnocłowych, w których można było nabyć wszelkiego rodzaju gadżety, jak niecenzuralne programy do projektorów, narkotyki i inne produkty, których nie sposób było kupić w wielu krajach na planecie. W rękach protestujących tkwiły wysięgniki z plazmowymi i laserowymi wyświetlaczami, maszty z holo-włókninami, a nawet tradycyjne transparenty i banery, nawiązujące do przewrotnych czasów Solidarności. Wszystko działo się pod czujnym okiem gwardii kosmicznej, której luźny kordon oddzielał ich od ruchomych platform dla podróżnych. Jednak od czasu do czasu komuś udało się przedrzeć i machając banerem nad głowami odprawianych ludzi, wykrzykiwał:
- HOLOFILE Z SYNTETYKU, POLSKA NIE CHCE NARKOTYKÓW!
Stanley maszerował z opuszczoną głową w ślad za Aleksem i jego ochroniarzami, rozdrażniony krzykami pikietujących i wspomnieniami swojego głupiego zachowania. Jedyne o czym marzył, to znaleźć się w domu. Rozpakować bagaż, zrzucić ubranie i rozłożyć wygodnie w łóżku z tulącą się do boku dziewczyną. Przy odrobinie szczęścia uda się zapomnieć o parszywym incydencie z hostessą i w miarę szybko wrócić do codziennych zajęć - pomyślał. Nerwy i przygnębienie rozsadzały mu głowę i płuca, jakby jakaś niedobra energia chciała wydostać się na zewnątrz kosztem samopoczucia.
Ruchoma platforma zbliżyła się do miejsca, gdzie aktywista, któremu udało się przedostać przez policyjną blokadę, złowieszczo wykrzykiwał swoje hasła. Jego twarz emanowała wstrętem i oburzeniem, jakby gardził pracownikami kosmicznych korporacji, ich liberalnymi przełożonymi i zepsuciem, które w jego mniemaniu trawiło cały system. Makary spojrzał w ciemne oczy chłopaka i z niepokojem dostrzegł szyderczy uśmiech. Wyglądał jakby wiedział o wszystkim, czego młody naukowiec się dziś dopuścił. Wyobraźnia Stanleya znów zaczęła płatać figle, wszystko wokół było tak przytłaczające. Czuł się coraz gorzej.
- TO TY, HOLOFILU! - krzyknął wskazując na Makarego. Stanley machnął nerwowo rękami w przestrachu, a oczy podróżnych skierowały się w ich stronę. - TO TY, PEDOFILU! TO TY, OBŁUDNIKU! TO TY, NARKOTYKU! - Nieznajomy nie przestawał krzyczeć. Jego transparent przypadkowo zahaczył o głowę Stanleya, który ze strachu i wściekłości wyrwał kij i kierowany jakimś zwierzęcym instynktem, zamachnął się, uderzając chłopaka z całych sił w głowę…
Młody aktywista padł na ziemię jak rażony gromem, a z jego ust i nosa polała się krew. Przy terminalach momentalnie zrobiło się zamieszanie. Protestujący, którzy dostrzegli zajście, ruszyli w stronę kordonu gwardii by wspomóc swojego kompana. Oczekujący na odprawę, nie zważając na tempo poruszania się taśm, przyśpieszyli kroku by dostać się jak najszybciej na lądowisko i uciec jak najdalej od rozwścieczonego tłumu. Zrobił się ścisk i chaos…
Aleks szepnął coś do ucha jednego z ochroniarzy, a następnie chwycił Makarego i skoczył wraz z nim do najbliższej bramki, gdzie wepchnął coś do kieszeni celnika. Mrugnął do niego i zniknął pośród wcześniej odprawionych osób, zostawiając hałasy terminalu za sobą. Idąc korytarzem w stronę śluz lądowników, Pisak musiał podtrzymywać Makarego za ramię, bo ten był w dziwnym stanie. Dłonie i kolana trzęsły mu się ze strachu. Spoglądał w jakiś odległy punkt, pozwalając prowadzić się Aleksowi jak dziecko. Uciekinierzy czym prędzej skierowali się do śluzy prywatnego lądownika Uni-Serch, będącego do dyspozycji Aleksa. Kilkanaście minut później siedzieli w fotelach wahadłowca, lecąc w stronę Niebieskiej Planety…
Tagi: opowiadanie, sf, powieść, fantastyka
skomentuj (4)